• Ewa Staub

Czarny plastikowy prostokącik


Jeśli jesteście straszliwie starzy, to może pamiętacie. A jak nie straszliwie, to na pewno nie. Otóż kiedyś, dawno, chyba przed epoką lodowcową, były takie czasy, w których NIE BYŁO TELEFONOW KOMORKOWYCH. Ot, tak, po prostu. Nie było i już[1].

A potem nagle były. Ale nie tak od razu, że każdy sobie idzie do sklepu i ma. Na początku były one znakiem takiego samego statusu społecznego jak prywatny samolot. Zwykli obywatele zadawalali się marzeniem o statusie i o telefonie.

Naturalnie i jak zawsze, pomysłowi przedsiębiorcy wyszli naprzeciw tym marzeniom i wzięli się za produkcje i sprzedaż czarnych plastikowych prostokącików. Były one tańsze niż prywatny samolot. Niektórzy ludzie kupowali je, przykładali sobie do ucha i chodzili po ulicach, pusząc się i wrzeszcząc do nich. To dawało im poczucie, że są lepsi od innych, oraz przekonanie, że każdy mijany przechodzień ich podziwia.

Nie zawsze jednak osiągali zamierzony skutek. Historia zanotowała, że w pewnym pociągu, w wypełnionym wagonie, siedział jeden pan i umilał sobie podróż głośną konwersacją przez telefon, nie pozwalając współpasażerom skupić się ani na czytaniu[2] ani na drzemce. Traf chciał, że w tym samym wagonie był pasażer o słabym sercu który nagle zemdlał. Ktoś udzielił mu pierwszej pomocy, a ktoś inny zwrócił się do pasażera z telefonem, aby ów zadzwonił po pogotowie, aby czekało na następnej stacji. I wtedy okazało się, że gadatliwiec należał do tych Niektórych właśnie. I ze przez cala pierwsza cześć podróży zamęczał wszystkich gadaniem do samego siebie. Tak oto pociąg dowiózł do stacji człowieka z zawałem i człowieka przeżywającego być może największe upokorzenie swojego życia.

Nie wiem, co się stało z pasażerem ze słabym sercem. Z tym drugim też nie. Natomiast chciałabym wiedzieć, co się działo w sercu tego drugiego. Co sprawiło, że za chwile zaistnienia w oczach przypadkowych podróżnych gotów był zapłacić taka cenę.

Bo przecież, nawet jeśli nie przyszło mu do głowy, że stanie się coś, co go zdemaskuje, to i tak wiedział, że będzie musiał w pewnym momencie się ogolić i umyć zęby, a wiec stanąć przed lustrem, i ze wtedy może w nim zobaczyć faceta, który robił z siebie publicznie idiotę gadając do kawałka czarnego plastiku.

Kiedy czytamy historie rewolucji i głodu za Stalina, Mao, Pol Pota czy innych pomysłowych przywódców, często gęsto natrafiamy na opisy, czym to ludzie oszukiwali żołądek. Robi nam się niedobrze i trochę smutno. Zastanawiamy się, jakie to uczucie, zjeść zdechłego szczura z piaskiem albo członka własnej rodziny. Zastanawiamy się, czy nasz osobisty żołądek potrafiłby nas do czegoś takiego zmusić.

Myślę, że tak.

Myślę, że każdy z nas ma w środku taki organ, wielkości dwóch pięści, który w warunkach ekstremalnych potrafi zmusić nas do rzeczy, które w warunkach zwykłych trudno nam sobie wyobrazić.

W jaki sposób to robi?

Bardzo prosto. Żołądek, z punktu widzenia filogenezy i ontogenezy, jest mniej więcej tak stary jak mozg gadzi. (Krótki opis trzech mózgów jest w notatce o kowidianach) To znaczy, że są to starzy kumple, co wiele razem przeżyli i z niejednego pieca wspólnie wygartywali. Istnieje między nimi gorąca linia, dzięki której mogą ze sobą gadać jak dowódcy pułków w czasie wojny. Kiedy żołądek stwierdza, że dostawy zostały przerwane, znajduje się w sytuacji kłopotliwej, bo nie może spełniać swoich zobowiązań wobec reszty organizmu. Przez jakiś czas cierpliwie to znosi. Kiedy widzi, że dalszy brak dostaw spowoduje wygaszenie całego systemu, uruchamia gorącą linie i dzwoni do swojego starego kumpla.

- Cześć, co u ciebie?

- Ano, słabo, ale jakoś leci. A u ciebie?

- Kiepsko. Pustki w magazynie, panie dziejku, ostatni kawałek suchara rozpuścił się w zeszłym tygodniu.

- No coś tak czułem. Co proponujesz?

- Alarm trzeciego stopnia. Odcinasz cala kore mózgową i 80% układu limbicznego. Zostawiasz tylko aktywność zwierzęcia, co potrafi wziąć do pyska… sam wiesz.

- Jasne, nie musisz kończyć. No to idę do roboty. Zawiadom mnie, jak dostaniesz pierwsza zrzutkę.

- Dzięki stary. Zadzwonię od razu. - Powodzenia. - Trzymaj się.

Po tej rozmowie mózg gadzi idzie do roboty i odłącza kable aktywujące nasz system wartości, uczucia[3] i szacunek do samego siebie. Ręka człowieka sięga po coś straszliwego i wkłada to do buzi. Nos jest na urlopie.

Gdy takie zdarzenie kończy się happy endem, czyli jeśli człowiek przeżyje i znajdzie w sytuacji, gdzie dalsza egzystencja już nie jest bezpośrednio zagrożona, wtedy gadzi mózg znowu podłącza kable do człowieczeństwa. I wtedy trzeba sobie jakoś z tym radzić.

Przypuszczam, że nasza dusza też ma taki żołądek. Że jest w nas coś, co musi się żywić poczuciem, że ktoś nas kocha, lubi, szanuje. Że komuś na nas zależy. Że jesteśmy komuś potrzebni. I że kiedy żołądek duszy umiera z głodu, dzwoni do gadziego mózgu duszy i mu mówi „słuchaj, stary, wyłącz mi wszystko - poczucie godności, rzeczywistości, szacunek, co tam masz, bylebym tylko znalazł jakiś ochłap. A gadzi mózg duszy odpowiada: „no jasne stary, możesz na mnie liczyć. Chcesz wersję mitoman, erotoman, czy szantażysta emocjonalny?” „Może wszystkiego po trochu?” – proponuje żołądek duszy. „Zrobi się”.

No i załatwione. Nasza dusza, aby nie umrzeć z głodu, wyjmuje w pociągu kawałek czarnego plastiku i gada do niego, żywiąc się pełnymi podziwu spojrzeniami współpasażerów niczym zdechłym szczurem.

Gdy takie zdarzenie kończy się happy endem, czyli jeśli dusza przeżyje i dostanie od kogoś porcję autentycznej miłości, wtedy gadzi mózg znowu podłącza kable do człowieczeństwa. I wtedy trzeba sobie jakoś z tym radzić.

***

Zastanówmy się przez chwile, co jest trudniejsze – stanięcie przed lustrem i powiedzenie sobie „tak, jestem człowiekiem, który zjadł zdechłego szczura, aby nie umrzeć z głodu”, czy też staniecie przed lustrem i powiedzenie sobie „tak, jestem człowiekiem, który, wydal pieniądze na fałszywy telefon i gadał do niego publicznie, aby anonimowi ludzie dookoła myśleli, że jestem kimś ważnym i bogatym i popatrzyli na mnie z szacunkiem. Zrobiłem to, aby nie oszaleć z samotności.”

Chyba jednak to drugie.

Dlaczego?

W dużym skrócie dlatego, że mamy kulturowe przyzwolenie na to, aby być niewinnymi ofiarami wydarzeń historycznych.

Nie mamy natomiast kulturowego przyzwolenia na bycie ofiarami zmian kulturowych.

Ofiary i weterani wydarzeń historycznych mają swoje stowarzyszenia, w których sobie opowiadają różne historie. Punktem wspólnym tych historii jest to, że łatwo się rozróżnia białe od czarnego. „Źli ludzie zabrali nam jedzenie, a my, dobrzy ludzie, głodowaliśmy”.

Dla słuchającego przekaz ten jest zrozumiały, może się zidentyfikować emocjonalnie z ludźmi dobrymi i potępić złych.

Ofiary – chodzi mi o te prawdziwe, a nie o gwiazdy teatru męczennictwa – zmian kulturowych nie tylko nie maja stowarzyszeń, ale w dodatku jest im szalenie ciężko spotkać się samym ze sobą. Ich dusze – nasze dusze – od wczesnego dzieciństwa są przyzwyczajane do jedzenia zdechłych szczurów.

A tak właściwie to jesteśmy przyzwyczajani, to znaczy nasze dusze są przyzwyczajane do trzech rzeczy, z których te szczury chyba nie są najstraszniejsze. A mianowicie

- do wegetacji na skraju śmierci głodowej,

- do jedzenia zdechłych szczurów,

- i - najstraszniejsze – do nazywania tych szczurów pysznym torcikiem.

„Tatuś już nie będzie z nami mieszkał, tak będzie lepiej dla nas wszystkich”.

Pierwszy zdechły szczur. Śmierdząca padlina, której na imię Lepiej[4].

„Zostaniesz w przedszkolu, mamusia musi iść do pracy. Musisz być dzielny”.

„Nie szkodzi, że cię kolega nie zaprosił na urodziny. Znajdziesz sobie innych”.

„Nie szkodzi, że cię rzuciła dziewczyna. Znajdziesz sobie nową”.

Oczywiście, że wszyscy przeżywamy większe i mniejsze dramaty i rozczarowania. Nie na tym polega zmiana kulturowa doprowadzająca nasze dusze do skraju śmierci głodowej, tylko na tym, że mamy być twardzielami, którzy od przedszkola radzą sobie niczym supermani z poczuciem pustki i zdrady. A tak nie jest. Ale nie można tego powiedzieć. Ponieważ proces zaczyna się zanim nauczymy się zdawać sprawę z naszych uczuć i je opisywać, od małego kłamiemy samym sobie[5]. „Nie szkodzi”. „Dobrze się stało, jak się stało”. „Był dla mnie za głupi”. I umieramy z głodu, ucząc się przechadzać po naszym życiu, zamienionym w supermarket, mając nadzieje, że jeśli będziemy wystarczająco mili i układni, uda nam się za tę układność kupić towar, którym na jakiś czas zabijemy nasze poczucie pustki. Nowego przyjaciela, koleżankę, partnera, wakacje, ciuch, samochód. Telefon.

Potem jest już tylko gorzej. Pomysłowi przedsiębiorcy nigdy nie są daleko. Wyczuwają rynek do zagospodarowania i produkują po taniości zdechłe szczury i czarny plastik.

„Kurs rozwoju osobowości, po taniości, po taniości!”

„Jak doprowadzić partnera do erotycznego obłędu”

„Tygodniowe warsztaty skutecznej komunikacji dla managerów”

„Dzięki naszej rewolucyjnej metodzie nauczycie się rozwijać energie pozytywna i odcinać od osób toksycznych”

Moje ulubione: „My was nauczymy, jak się nie poświęcać dla innych i myśleć o sobie”.

I wygłodniałe dusze wyskakują z portfeli, przekonane, że następny szczur w złotym papierku będzie tym, który zapewni im sukces, poczucie spełnienia i nirwanę.

Teraz najgorsze.

Pomysłowym przedsiębiorcom nie wystarcza zagospodarowanie rynku anorektycznych serc i dusz. Myślą perspektywicznie i perenizuja konsumenta. Nie zadawalają się zawinięciem martwego gryzonia w zloty papierek. Eliminują również konkurencję. To znaczy, organizują się w ten sposób, aby wszystko, co NIE JEST zdechłym szczurem, zostało zawinięte w papierek z napisem „a fuj, nie dotykać pod kara wykluczenia ze wszelkiej wspólnoty, wyszydzenia, upokorzeń wszelkich oraz oczywiście śmierci na zapomnianym śmietniku”.

Szczur w papierku: „Tatuś już nie będzie z nami mieszkał, tak będzie lepiej dla nas wszystkich”.

Szantaż blokujący dostęp do uczuć opuszczonego dziecka: „A jeśli ośmielisz się myśleć inaczej, mamusia da ci klapsa, rozpłacze się, dostanie depresji, pójdzie do szpitala, zostaniesz sierotka i będzie to twoja wina”.

I tak to idzie.

Anorektyczne dusze robią krok do tylu słysząc o ludzkiej życzliwości, a z głośnym mlaśnięciem połykają cokolwiek co się nazwie „energią pozytywną”.

„Siadaj, zrobię ci herbaty i zmyje za ciebie gary, widzę przecież, że cię przeczołgali” – a fuj. „To co, że miałaś zły dzień, trzeba być pozytywnym, pokaz, że jesteś asertywna i nie rob ze mnie naczynia na swoje frustracje” – mniam mniam.

„Wymagam od ciebie szacunku, bo cię kocham” – a fuj.

„Nagryzmoliłam na kartce dwie figurki i przecięłam toksyczne więzi, które je łączyły” – mniam, mniam, mniam.

„Ufam ci. Wiem, że kochasz mnie tak samo w zdrowiu i w chorobie. Ja też cię tak kocham” – a fuj. „To obrzydliwe, tak siedzieć na wózku i się ślinić, jeśli mi się to przydarzy, to każ mnie uśpić” – mniam.

Nie chce mi się mnożyć przykładów, i tak już ględzę.

Rezultat końcowy jest mniej więcej taki, że wszystko, co znajduje się w polu naszych emocji, jest wielokrotnie zbombardowane i przekręcone na druga stronę. To, co mieszka w strefach przeznaczonych na intelekt, jest albo zbombardowane, albo po prostu nie miało okazji się rozwinąć. I tak, na pytanie „na czym polega twoja praca”, nie odpowiadamy już „robię meble”, „hoduje owce”, „sprzedaje buty”, a nawet nie „wprowadzam do systemu fabryki mikro obwodów dane o tym, gdzie są części składowe i pilnuje, żeby znalazły się na czas na sali produkcyjnej”. Nie, odpowiadamy: „moja praca polega na odpowiadaniu na maile”, ewentualnie na „analizie danych”. Pytanie, jakie maile i jakich danych powoduje natychmiastowe przegrzanie systemu. Ale to nic nie szkodzi – bylebyśmy mieli pozytywna energie, co nie?

Wygląda na to, że pomysłowi przedsiębiorcy osiągnęli imponujący efekt.

Jesienią roku pańskiego 2020 tak bardzo nie sami nie wierzymy w to, co się dzieje w naszych sercach i wychodzi z naszych ust, że bez mrugnięcia okiem wszyscy się zakneblowaliśmy.

Już nawet nam nie dali czarnego prostokącika.

***

[1] To chyba były te czasy, kiedy istniał ten słynny patriarchat I kobiety były oprymowane I musiały się zajmować dziećmi, co im nie pozwalało pic kawy w biurze. I w ogóle ludzie chodzili w wielbłądzich skórach I byli owłosieni. [2] Jak wspominałam, działo się to wszystko dawno przed epoka lodowcowa. [3] Bardzo dawno temu, z moim najlepszym przyjacielem Michałem, wybraliśmy się w podróż autostopem do Włoch. Pieniędzy starczyło nam na pierwsza polowe. W drodze powrotnej dojechaliśmy stopem do Wiednia, a potem przesiedliśmy do pociągu. W Brnie snuliśmy plany wyrwania torebki jakiejś starszej pani I z nostalgia zerkaliśmy na śmietniki. W Rybniku bodajże mogliśmy wreszcie zamienić nasze ostatnie złotówki na dworcową kanapkę. Podzieliliśmy ja na pol. Jedząc swoja cześć, patrzyłam na mojego najlepszego przyjaciela, który połykał druga polowe I… ok, może nie planowałam zabójstwa, ale nienawidziłam go w tamtej chwili szczerze I serdecznie. (Michał, ściskam Cię). [4] Prawdziwe imię Lepieja brzmi następująco: «Drogi synku, twój ojciec odchodzi. Jego odejście wydrąży w twoim sercu wielka poszarpana dziurę. Będziesz myślał, że to twoja wina. Będziesz myślał, że nie zasługujesz na jego miłość, a co za tym idzie, na niczyja inna. Masz prawo tak czuć I myśleć, bo jesteś jeszcze malutki I nie wiesz, że dorośli maja możliwość kłamania, zdradzania I niedotrzymywania zobowiązań”. W ten sposób małe, opuszczone dziecko zaczyna myśleć, że zdewastowanie jego serca jest najlepsza opcja dla najbliższych mu ludzi. [5] Dziecko, które zostaje zaatakowane przez poczucie pustki I jest jeszcze za małe, aby odróżnić pustkę od nie-pustki, I które nie ma do dyspozycji rodzica, który mu w tym pomoże, uznaje pustkę za normalność, a jej zapełnianie byle czym staje się dla niego stanem naturalnym.

 
  • Facebook
  • Twitter
  • LinkedIn

©2019 par apprentissages mouvements émotions. Créé avec Wix.com